Ruszyliśmy.
Samolot powoli, lecz zdecydowanie uniósł się do góry. Powierzchnia ziemi z domami, lśniącymi jeziorami, morską tonią powoli oddalała się i zmniejszała, a ja niczym współistniejącą cześć ogromnego mechanicznego smoka wyleciałam wysoko.
Piękno miniaturowej geografii Gdańska, myśli o końcach i początkach, jakiś rodzaj wewnętrznej samotności, która orzeźwia i zwraca się do środka, wzruszyły mnie..
Poczułam wilgoć w kącikach oczu, która spłynęła słono po policzkach. Serce odetchnęło głębiej.
W wielkich ramionach przestrzeni nieba poczułam się bezpiecznie.
Kołysana unoszeniem.
Tęskniłam za tym. Lotem smoka. Choć nie jest on żywy to jednak ja jestem. I my wszyscy teraz, wysoko nad chmurami, w błękicie nieba.
Życie nas niesie.
Trochę więcej zaufania, podpowiada jakiś głos, któremu aż chce się zaufać. Jest ciepły, dobry, niczego nie wymaga, niczego ode mnie nie chce. Po prostu jest.
Czuję wdzięczność za życie i za to, że mogę latać. Za to, że każdy lot przypomina mi o moich własnych skrzydłach, o zaproszeniu nieba, o nieograniczonych możliwościach (w) przestrzeni.
A wszystko zaczyna się od mojego TAK. Na to co przychodzi. Na to co zaskakuje. Na zmienność, która się nie kończy. Na zakończenia. Na to, co trudne. Na to, co możliwe.
Często najpierw potrzebuję wykrzyczeć moje NIE..
Czuję głęboko w sobie, że moja drogą jest oddanie. Oddanie się w ręce Życia. Zaufanie miłości. To zabawne, bo bronię się przed tym i uciekam od tego tak często.
Lecz przyjdzie taki czas, gdy nie będzie już żadnej następnej chwili. Żadnego jutro, za moment. Nic do uzyskania, nic do stracenia. Tylko to głębokie, rozległe BYCIE. Bez początku i bez końca. Wiem to. I temu ufam.
W przestworzach.
Wysoko, wysoko. Cała ukochana błękitem.



