Kilka dni temu miałam pełną radości, a jednocześnie wglądów lekcję tenisa.
Bardzo szybko musiałam pozbyć się jakiejkolwiek chęci połączenia tej dyscypliny sportu z tenisem stołowym (machanie w taki sposób rakietą jak paletką dawało beznadziejne rezultaty), czy badmingtonem (tutaj niemal od razu okazało się, że za szybkie użycie siły i w nieodpowiedni sposób prowadzi tylko do tego, że odbicie będzie twarde i nieskuteczne). Wobec tego mój umysł, który nie mógł niczego się złapać, stał się uważny, a zmysły wyostrzone.
Stałam na wielkim korcie tenisowym, dużej przestrzeni nieznanego.
Nie byłam jeszcze w tym ani dobra, ani zła. Nie miałam żadnego wcześniejszego doświadczenia. Tylko tę chwilę i chęć złapania o co w tej grze chodzi.
Miałam szczęście, że trafiłam na bardzo dobrego instruktora, który widział w tenisie możliwość głębszego doświadczenia siebie, zobaczenia swoich nawyków, a także wskazywał bezpośrednio na to, co jest do poprawy tłumacząc dlaczego.
Przez godzinę dowiedziałam się o sobie więcej niż mogłabym się spodziewać.
Zobaczyłam swoją rywalizację i chęć wygrania za pomocą siły. Doświadczyłam bezradności związanej z tym, że chcę i nie wychodzi.
Miałam możliwość odczucia jak wspaniały jest flow, gdy jednocześnie angażuje się całkowicie (jestem, słucham, powtarzam, zależy mi), jak i odpuszczam (puszczam chcenie, siłowość, pozwalam ciału na miękkość, nie myślę o rezultacie).
Pomyślałam – „To jest to!”. Gdy moje zaangażowanie było całkowite (byłam obecna, powtarzałam ruchy instruktora, zależało mi by się nauczyć), a jednocześnie całkowicie odpuszczałam rezultat (pozwoliłam sobie na tyle błędnych ruchów, ile jest konieczne, by się nauczyć, przestałam myśleć, puściłam kontrolę, że to ja wykonuje ruch i chęć wygrania – przerzucenia piłki przez siatkę) to wydarzały się momenty magiczne. Czułam to w całym ciele.
Piłka zatrzymywała się na milisekundę przed moim oczyma zanim uderzyła w rakietę, a potem miękko odbijała się od rakiety i idealnie przelatywała nad linią siatki.
Moje ciało w tym czasie było rozluźnione, a napięcie było jedynie tam, gdzie było potrzebne. Nie używałam siły – ani siły mojej chęci, ani nie wzmacniałam tego odbicia siłą mojego ciała. Miałam wrażenie, że ruch dzieje się sam, a ja tego doświadczam.
Miękko. Spokojnie. Pewnie.
I to nie było tak, że mogłam to potem powtórzyć, bo tak chciałam. To działo się tylko wtedy, gdy nie było w powietrzu ani mojego chcenia, ani nawet mnie samej.
A wcześniej potrzebne było wykonanie odpowiedniej pracy, powtórzeń, błędów, puszczania swoich pomysłów na to, jak odbić piłkę, by wsłuchać się w to i zaobserwować jak piłka ma zostać odbita.
I wtedy działa się magia… Zostawał tylko ruch, piłka, rakieta i połączenie tego w jeden taniec.
Piszę o tym, bo pokazało mi to kiedy rzeczywiście moje odpuszczanie ma sens. I kiedy jest ono zaufaniem, głębokim flow, a kiedy stanowi ucieczkę i olewanie, czy rezygnację. Można spokojnie powiedzieć, że bez głębokiego zaangażowania w proces odpuszczanie jest raczej rezygnacją niż rzeczywistym zaufaniem życiu, czy sobie samemu. I wtedy może dawać poczucie stagnacji, smutku, beznadziei.
„Przecież odpuszczam temat związków, a nic się nie dzieje w tym temacie!” ; „Odpuszczam rezultat związany ze sprzedażą w swoim biznesie, ale i tak nikt nie kupuje!” ; „Odpuszczam kontrolowanie swojego dziecka, ale to nie zmienia nic w naszej relacji, jest jeszcze gorzej..”
Można tak mnożyć przykłady i myśli. Jednakże pytanie, które mi się tu nasuwa i jest dla mnie osobiście bardzo ważne to to, czy ODPUSZCZASZ REZULTAT, ale angażujesz się nadal całym sercem, czy może ODPUSZCZASZ, czyli REZYGNUJESZ?
Szczera odpowiedź zmienia wiele.



